Andrzejki – wierzenia i obrzędy
przez Maciej Skrzek · Opublikowano · Zaktualizowano
Andrzejki od wieków były w polskich wsiach czasem wróżb, zabaw i cichych nadziei młodych dziewcząt. Wierzono, że w tę jedną noc granica między światem ludzi a światem przeznaczenia staje się cienka, a zwykłe gesty – przyniesiona woda, ulepiona kulka czy pachnący placek – mogą odsłonić przyszłość.
Wróżba z wodą i pieczonymi kulkami
W niektórych wsiach panny zaczynały andrzejki od wyprawy do studni. Musiały przynieść wodę w ustach, często z daleka, przy akompaniamencie figlarnych chłopaków, którzy próbowali je rozśmieszyć, by woda „uciekła”. Gdy misja się udała, z tej właśnie wody zagniatało się małe kulki. Pieczone przy ogniu stawały się narzędziem wróżby.
Psa wołano do izby, a jego zachowanie miało odsłonić los dziewczyny:
– jeśli wyniósł kulkę z domu, zwiastowało to szybki ślub;
– jeśli schował ją pod łóżko, mówiono, że wcześniej pojawi się dziecko.
Towarzyszyły temu opowieści o dawnych pannach, psotach chłopaków i o specjalnych formułach, które miały uprosić los o kawalera.
Wróżba z gryczanych placków
W innych domach kulki zastępowano małymi plackami z mąki gryczanej, smażonymi na tłuszczu jak pączki. Każdy placek był „czyjś” – przypisany jednej z dziewcząt. Do izby przyprowadzano psa, zwykle przez któregoś z chłopaków, a jego wybór decydował o wróżbie.
Ta panna, której placek pies zjadł jako pierwszy, miała pierwsza stanąć na ślubnym kobiercu.
Czasem jednak zwierzę łapało placek, rozgryzało i wyrzucało z pogardą – wtedy dziewczyna smutniała, bo wróżba była jednoznaczna. Słodko-gorzki humor tych chwil był częścią andrzejkowego wieczoru.
Wróżba z gałązkami wiśni
W niektórych domach najważniejszym andrzejkowym znakiem była gałązka wiśni, złamana specjalnie na tę noc. Panny wstawiały ją do wody i kładły w ciepłym miejscu – zwykle na piecu, gdzie ogień od zawsze sprzyjał wróżbom i życiu. Obserwowały ją przez kolejne dni, bo to ona miała przemówić jako pierwsza.
Jeśli gałązka zakwitła, wróżba była jasna: rychłe zamążpójście. Jeśli jednak pędy uschły, mówiono, że los jeszcze nie otworzył przed panną drzwi do ślubu. Była to jedna z najdelikatniejszych wróżb – cicha, spokojna, oparta nie na psotach, lecz na obserwacji tego, co żywe.
W różnych regionach używano różnych gatunków drzew ale zawsze owocowych – czereśnia, jabłoń, śliwa itp.
Dawne zabawy andrzejkowe w Branewce
W Branewce andrzejki były prawdziwym świętem dziewcząt. Schodziło się ich nawet dwadzieścia, wszystkie w jednej chałupie, bez kawalerów – ci tylko krążyli na zewnątrz, stukali w drzwi i próbowali podejrzeć zabawę. W izbie stały żarna, na których mielono pszenicę na placki zwane durkami. Później dziewczęta szły po wodę do rzeki, niosąc ją w ustach, bo tylko taka była ważna przy wróżbach. Wystarczyło jedno zachichotanie, a cała zdobycz wyciekała, więc nie brakowało śmiechu.
Każda panna robiła swoje placki w innym kształcie – okrągłe, długie, zwinięte w kulki – żeby się nie pomieszały. Pieczono je na blachach, a potem odkładano na maglownicy. Kiedy wszystko było gotowe, sprowadzano psa, który miał wskazać przyszły los.
A za drzwiami kawalerowie denerwowali się, stukali i chcieli wejść, żeby zobaczyć, jak dziewczęta wróżą sobie przyszłość. Ale zwyczaj był zwyczaj – andrzejki należały do panien.
Wróżba z różańcem, pierścionkiem i obrączką
W wielu domach nie mogło zabraknąć jeszcze jednej wróżby – tej najprostszej, ale budzącej najwięcej napięcia. Pod talerzem kładziono obrączkę, pierścionek, klucz i różaniec. Panny kolejno podchodziły, zamykały oczy i wyciągały jeden z przedmiotów, wierząc, że los przemówi przez dotyk.
Jeśli w dłoni znalazł się różaniec, mówiono bez wahania: „ta to już do zakonu pójdzie”.
Obrączka wróżyła szybkie zamążpójście, niemal „od razu”, jak mawiały staruszki.
A jeśli trafił się pierścionek – pannie wróżono czekanie, bo wesele niby miało przyjść, ale jeszcze nie tak prędko.
Układanie butów i lanie wosku
Andrzejkowej nocy nie mogło zabraknąć zabawy z butami. Panny zdejmowały obuwie i układały je jeden za drugim, zaczynając od progu izby, aż do stołu albo pieca. Gdy ostatni bucik doszedł do końca rzędu, patrzono, czy liczba butów jest parzysta lub która para znajdzie się najbliżej drzwi – to zawsze wróżyło szybkie zamążpójście i wybór tej, która pierwsza „przekroczy próg nowego życia”.
Zaraz potem rozpoczynała się najbardziej tajemnicza część wieczoru – lanie wosku. Nad głowami dziewcząt trzymano dużą miskę z zimną wodą, a w garnuszku prażono wosk, niemal do zagotowania. Gdy był gotowy, przelewano go przez duży, żelazny klucz, symbol otwierania przeznaczenia.
W zimnej wodzie wosk przybierał fantastyczne kształty: zwierząt, narzędzi, ludzi albo całkiem nieokreślonych form. A jak je odczytano – to już zależało od fantazji tego, kto wróżby tłumaczył. Nieraz jedna panna widziała w kształcie gęś, inna narzędzie, a trzecia serce – i każdej tłumaczono wróżbę inaczej.
Wróżba z kulami z lnu
W wigilię świętego Andrzeja dziewczęta przygotowywały jeszcze jedną wróżbę – trzy małe kule ulepione z uskubanego lnu. Układano je na stole i wszystkie zapalano jednocześnie. Panny w skupieniu obserwowały, jak ogień chwyta delikatne włókna, bo to właśnie płomień miał odsłonić ich przyszłość.
Jeśli kula uniosła się w górę i spaliła w powietrzu, wróżyło to szybkie zamążpójście – jakby los sam pchnął dziewczynę ku nowemu życiu.
Gdy jednak kula wypaliła się spokojnie na stole, mówiono, że w tym roku ślub jeszcze nie nadejdzie.

